Ja, Monika

Ja, Monika
24,90 zł
/ szt. brutto
Łatwy zwrot towaru w ciągu 14 dni od zakupu bez podania przyczyny
Darmowa dostawa od 199,00 zł
Biografie poświęcone św. Monice są prawie zawsze zbiorem fragmentów napisanych przez Augustyna. Brakuje głosu samej Moniki... I właśnie z tym „brakującym” głosem, dzięki kobiecej wrażliwości, identyfikuje się autorka niniejszej biografii, pozwalając opowiedzieć samej Monice najważniejsze momenty „tajemniczego” i niezwykłego życia: powieść biograficzna ukazuje nam pełen życia portret kobiety, matki, świętej i mistyczki, która chociaż w ukryciu, miała przecież wielki wpływ na historię chrześcijaństwa.


FRAGMENT

Pewnego razu śmierć zajrzała mi w oczy. Było to na statku, który dopiero co wypłynął z Kartaginy. Tego ranka niebo było ciemne, tak że wszyscy radzili, żeby nie podnosić kotwicy. Zima jeszcze się nie skończyła i byłam niespokojna. Nie widziałam cię od dwóch lat.
 

Człowiek zatroskany o siebie jest niczym niedźwiedź gotowy wybierać miód z ula pośród brzęczenia owadów i pomimo bólu. Żaden z rejsowych statków nie ośmielił się wypłynąć, by pożeglować na zachód. Znalazłam duży statek kupiecki, który wydał mi się solidny niczym arka, napełniony zbożem i oliwą dla Rzymu. Niewielu podróżnych, stłoczonych razem ze mną, wśród nich Adeodat i jego matka. Wszędzie intensywny zapach smoły. Na otwartym morzu kurs na Sardynię. Zaczyna coraz mocniej kołysać. W końcu statek rozbujał się na dobre. Ludzie, worki i amfory przesuwają się z jednej strony na drugą, pod dyktando fal i wiatru. Czujemy się jak ryby, które wpadły w zastawiony więcierz. Ktoś lamentuje, ktoś inny krzyczy, ponieważ upadł w rozlaną oliwę z rozbitych amfor.
 

Pomagam kobiecie, która zwraca wszystko, co ma w żołądku. Jest z Italii. Wychodzimy na pokład, by poczuła się lepiej, ale wiatr powala nas jak uderzenie batem. Jeden z marynarzy rzuca nam linę, po czym przywiązuje nas do głównego masztu. Mimo wszystko lepszy jest wiatr na pokładzie oraz uścisk morza niż ciemna ładownia przypominająca trumnę. Wokoło nie widać już linii wody i nieba. Wszędzie tylko czarne morze, bez światła. Marynarze częstują kopniakami jakiegoś człowieka. To chyba Żyd. Mówią, że przyłapali go na wrzucaniu do morza kawałków chleba – marnował cenny jego zapas, recytując przy tym złowieszcze formuły.
 

Człowiek ów jest mały, szczupły, może nie sta- ry, ale posunięty w latach. Ma dobre i łagodne oczy. Recytuje nam w swoim języku werset ze Świętej Księgi. Potem tłumaczy go na zrozumiałą dla nas łacinę. Rozpoznaję tekst Koheleta: „Wyrzuć swój chleb na powierzchnię wód, po wielu bowiem dniach go odnajdziesz”.
 

Przyszła mi do głowy myśl, że wszystko zależy od Opatrzności, również ten szalejący sztorm. Podczas gdy otaczają mnie zaprawieni w walce z żywiołem żeglarze, którzy w tej nawałnicy nie wiedzą, gdzie wschód, a gdzie zachód, i przeklinają dzień swoich narodzin, napotykam niespodziewanie owego biednego staruszka, który oczekiwał łaski, karmiąc chlebem wzburzone wody i morskie głębiny.
 

Miałam wtedy wizję, bowiem kiedy szalejący wicher na chwilę przycichł, usłyszałam głos, który mnie i innym obiecywał bezpieczne przybicie do portu. Cisnął mi się na usta, łagodny niczym oddech pamiętany dobrze psalm: „Ponad szum wód rozległych, ponad potęgę morskiej kipieli potężny jest Pan na wysokościach”.
 

Udało mi się podnieść na duchu żeglarzy, chociaż zazwyczaj to oni dodają odwagi tym, którzy odbywają podróż morską po raz pierwszy. Tymczasem nie cichł wciąż gwałtowny wiatr i wzburzone wody przez całą noc napierały na burty, jakby ten statek był ledwie małą łupinką. W końcu nadszedł świt i nagle nastąpiła cisza.
 

Wszystko tak mija. Jak po bolesnym porodzie, właśnie w kulminacyjnym momencie, kiedy już wydaje nam się, że umieramy. Wiatr stał się delikatny niczym wiosna dla pąka kwiatu. Rozwinęto na masztach mocne żagle z lnu, tkanego na krosnach w dolinie rzeki Bagrady. Wtedy poczułam po raz ostatni zapach Tagasty, domowej pościeli, a moje sandały jakby tęsknie zwracały się na południe.
 

Żyd przysunął się, wyszeptał, że dwanaście, tylko dwanaście razy w świętym języku zostało zapisane słowo matòk, czyli „słodki”. Słodki jest miód, owoc, słodkie światło. Słodki jest także sen. Trwałam z zamkniętymi oczami, aż przybiliśmy do brzegu. Słodka jest i śmierć, tak dziś sądzę, jak tamten sen przed przycumowaniem.
 

Ostatnią rzeczą, jaką jadłam wczoraj rano, był biały chleb. Mówią o nim chleb położnic i chorych. Nie jestem głodna, ale ten chleb jakby do mnie wrócił z powodu wielkich i męczących bałwanów wywołanych burzą. Teraz moja spontaniczna modlitwa polega na poście serca, a zatem na pozostawieniu miejsca dla gościa. Dla czegoś nieoczekiwanego.




Kod produktu
9788375021844
Oprawa
Miękka, środek kolorowy
Typ produktu
Książka
Zapytaj o produkt
Jeżeli powyższy opis jest dla Ciebie niewystarczający, prześlij nam swoje pytanie odnośnie tego produktu. Postaramy się odpowiedzieć tak szybko jak tylko będzie to możliwe. Dane są przetwarzane zgodnie z polityką prywatności. Przesyłając je, akceptujesz jej postanowienia.
Napisz swoją opinię
Twoja ocena:
5/5
Dodaj własne zdjęcie produktu:
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel