Informacje o produkcie

Dziecko niczyje

Produkt niedostępny
Wysyłka w dni
Koszt od 10.00
30.00 / 1szt.
  • Niezwykłe koleje losu maltretowanego dziecka, które po latach wyrosło na sławnego spowiednika. Ta historia wydaje się wręcz nieprawdziwa.

Kliknij na zdjęcie, aby je powiększyć

Dziecko niczyje
Kod produktu: 9788375022490
Producent: PROMIC-MARIANIE
PEŁEN OPIS

„Niezwykłe koleje losu maltretowanego dziecka, które po latach wyrosło na sławnego spowiednika. Ta historia wydaje się wręcz nieprawdziwa”. /The Daily Telegraph/

W 2007 roku ojciec Michael Seed podjął niełatwą i kontrowersyjną decyzję opublikowania swoich tragicznych wspomnień z dzieciństwa. Czytając tę wstrząsającą historię, nie sposób nie zadać sobie pytania, jak w ogóle po czymś takim można „wyjść na ludzi” i jeszcze wzrastać w wierze? U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe (Mt 19,26). Książka o. Michaela Seeda jest jedną z pierwszych, która w tak szczery i bezpośredni sposób przerywa wstydliwe milczenie ludzi Kościoła w sprawach coraz częstszych w naszych czasach nadużyć seksualnych wobec dzieci. Jest w niej jednak coś więcej niż tylko koszmarne wspomnienia – jest nadzieja na uleczenie z Bożą pomocą nawet najbardziej zaropiałych ran duszy.

SPIS TREŚCI

O Michaelu - Przyjaciele 7
Przedmowa - Michael Seed 13
Prolog 17
Część pierwsza 21
Część druga 113
Część trzecia 189
Postscriptum 233
Epilog 239

 

FRAGMENT

Moja mama była bardzo piękna i wszyscy ją lubili. Jedyną osobą, o której wiedziałem, że jej nie lubi – poza matką taty, która jej wprost nienawidziła – był sam tata. Nie rozumiałem, czemu moi rodzice zdecydowali się na wspólne życie, skoro nie potrafili się ze sobą porozumieć.

Mieszkaliśmy na piętrze. Od frontu znajdował się duży salon, z tyłu sypialnia, a pomiędzy nimi – malutka kuchnia i toaleta. Nie było łazienki. Raz w tygodniu mama i ja kąpaliśmy się w cynkowej wannie, którą ustawialiśmy przy kominku. Tata się nie kąpał. Twierdził, że bierze prysznic w pracy.
 

W domu nieustannie śmierdziało wilgocią i zawsze było brudno. Na poplamionych deskach podłogowych w salonie leżały trzy liche, zakurzone dywaniki. Biała, niemalowana tapeta z wyraźnie widocznymi zaciekami odchodziła miejscami od ścian. Podłogę w kuchni pokrywało linoleum, popękane i poprzecierane przy zlewie. W domu nigdy niczego nie szorowano, a okna mył tylko deszcz. Rzadko widywałem mamę ze szczotką w ręku. Za to nadzwyczaj dbała o higienę osobistą. Codziennie myła się od stóp do głów nad kuchennym zlewem.
 

Mieszkaliśmy w podłych warunkach w zapuszczonej dzielnicy, ale ja nie zdawałem sobie sprawy z tego, że jesteśmy bardzo biedni. Mieliśmy niewiele mebli. W salonie stała tylko sofa i dwa fotele, obite błyszczącym, czarnym skajem, miejscami przetartym i prowizorycznie posklejanym taśmą klejącą. Poza tym mieścił się tam nieduży stół wraz z trzema krzesłami i radio. Kiedy miałem niespełna pięć lat, tata kupił używany, czarno-biały telewizor z małym, dwunastocalowym ekranem.


W naszym domu nie jadano wspólnie. Czasami jadłem przy stole w salonie, ale nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek spożyli jakiś posiłek we trójkę. Mama nie przygotowywała mi niczego do jedzenia. Zdarzało mi się znaleźć w kuchni pudełko z płatkami zbożowymi, z którym schodziłem na dół, żeby wziąć mleko ze sklepu albo spod frontowych drzwi, jeśli już dostarczył je mleczarz. Tyle że takie mleko było na ogół ciepłe i niezbyt dobre.

Któregoś dnia, gdy miałem cztery lata, zszedłem na dół i wziąłem butelkę mleka, które okazało się kwaśne i sfermentowane. Strasznie się wtedy pochorowałem i od tamtej pory nigdy nie piłem samego mleka, czasem tylko z herbatą czy kawą. Zrozumiałem jednak, że uskarżanie się nie ma sensu. Nie dlatego, że mamie na mnie nie zależało. Po prostu chyba mnie nie zauważała, jakbym był niewidzialny. Miała otwarte oczy, ale wydawało się, że mnie nie widzi ani nie słyszy.

Dzięki usłyszanym przypadkiem rozmowom sąsiadów wiedziałem, że mama cierpi na coś, co nazywano „depresją”, i że bierze mnóstwo silnych leków, określanych mianem „antydepresantów” i „środków uspokajających”. Te tabletki dziwnie na nią wpływały. Całymi dniami była jakby nieobecna.
 

Kiedy dochodziło do takiej sytuacji, mówiłem sobie, że mama jest „wyłączona”. Nie funkcjonowała wtedy normalnie. Wiedziałem, że nie ma sensu zadręczać jej pytaniami, bo i tak nie uzyskam żadnej odpowiedzi albo otrzymam wiele sprzecznych odpowiedzi, z których nic nie wynika. Często było tak, jakbym miał w domu śliczną, dużą, chodzącą lalkę. Poruszała się, ale nie dało się z nią porozmawiać.

W wieku czterech lat przestałem mówić mamie, że w domu nie ma niczego do jedzenia, bo zazwyczaj – jeśli w ogóle docierały do niej moja słowa – pokazywała tylko niedbałym gestem w dół, a więc w stronę naszego sklepiku.
 

Co jakiś czas w kuchni pojawiało się nowe pudełko płatków zbożowych. Świadczyło to o tym, że mama była na zakupach. Ale zdarzało się to nieregularnie. Niekiedy całymi tygodniami nie było na górze żadnego jedzenia. Często jadłem na śniadanie tylko banana lub jabłko. Podobnie było z kolacjami.

Mama nie przygotowywała wieczornych posiłków również dla taty, co zresztą stanowiło powód wielu ich kłótni. Znacznie później dowiedziałem się, że we wczesnym okresie małżeństwa, gdy łączące ich uczucie było jeszcze gorące, mama gotowała dla niego jak każda inna żona. Jednak piętnaście lat burzliwego pożycia, a w konsekwencji rozwinięcie się u mamy depresji klinicznej zmieniło ten stan rzeczy. Gdy byłem na tyle duży, by orientować się w sytuacji, mama w ogóle już dla taty nie gotowała.

Co do obiadów, sprawa wyglądała zawsze tak samo. Schodziłem na dół do sklepu i dostawałem kanapkę. Mama robiła kanapki dla miejscowych robotników, korzystając z najtańszego krojonego chleba. Zanim zacząłem chodzić do szkoły, moja codzienna dieta ograniczała się do kanapek z serem i piklami lub z szynką i pomidorem oraz do owoców.

Z czasem znienawidziłem smak sera i szynki, ale wolałem zmuszać się do jedzenia, niż chodzić spać głodny. Wiedziałem już, że nie bardzo mogę liczyć na porządny posiłek przed snem, a pamiętałem uporczywy ból pustego żołądka, który mi towarzyszył, gdy bezskutecznie próbowałem zasnąć.

Na szczęście mieliśmy dobrych sąsiadów. Jestem pewien, że większość z nich zdawała sobie sprawę z zaniedbywania przez moją mamę obowiązków kulinarnych. Nie sądzę, by którzykolwiek z nich byli lepiej sytuowani od nas – swoje domy meblowali równie skromnie i mieli więcej dzieci do wyżywienia. A jednak inne mamy prawie zawsze czymś mnie częstowały, gdy przychodziłem, by pobawić się z ich dziećmi. Zwykle mogłem liczyć na bułkę z rodzynkami, kawałek domowego ciasta lub inny smakołyk, który uzupełniał moją mizerną dietę. Kobiety te mówiły: „Śmiało, kochanie, wcinaj”, głaszcząc mnie przy tym po głowie i dodając komentarz w rodzaju „biedny malec” albo „biedne dziecko”.

Wtedy jeszcze nie rozumiałem, czemu jestem taką biedną istotą, ale z wdzięcznością przyjmowałem poczęstunek i spontaniczne, pieszczotliwe gesty, którymi obdarzały mnie mamy innych dzieci. Takie gesty były na wagę złota. W domu nie mogłem zaznać niczego podobnego. Mama mnie nie przytulała ani nie całowała. Myślę, że brała mnie w ramiona tylko wówczas, gdy z powodu bólu lub strachu sama potrzebowała wsparcia. Natomiast tata dotykał mnie tylko wtedy, gdy w napadach złości rzucał się na mnie z łapami.

W ciągu dnia spędzałem samotnie długie godziny w salonie, oglądając telewizję. Mamy najwyraźniej nie obchodziło, co robię i co oglądam. Podejrzewam, że rzadko kiedy wiedziała, gdzie akurat jestem. Z czasem stało się dla mnie jasne, że rodziny pokazywane w telewizji bardzo się różnią od mojej. Matki wyglądały na szczęśliwe, często się uśmiechały, spędzały mnóstwo czasu na zabawie i rozmowach ze swoimi dziećmi, sprzątały w domu. Ojcowie zaś niemal zawsze cieszyli się na widok swoich żon. Poza tym zabierali dzieci do parku, by pograć z nimi w piłkę.


Kiedyś spytałem mamę:


– Dlaczego tata nas nie lubi?

Był to jeden z tych nielicznych dni, kiedy udało się zamienić z mamą słowo.


– On nas kocha – odpowiedziała. – Po prostu często wpada złość i traci panowanie nad sobą. To wina diabła, który w nim siedzi, i alkoholu.

Niewiele wówczas wiedziałem o diable, ale doszedłem do wniosku, że skoro sprawia, że tata często nas bije, nie jest zbyt fajny.

Wiedziałem za to, że gdy po powrocie do domu tata śmierdzi piwem – a znałem ten zapach dobrze, bo ojciec nieraz opróżniał w salonie kolejne butelki – istnieje większe prawdopodobieństwo niż zwykle, że zacznie krzyczeć i wymachiwać pięściami. Jeśli w porę wyczułem znajomy zapach, zbiegałem do ogródka, żeby się pobawić, albo chowałem się bezszelestnie za sofę.

Najmniejsza błahostka mogła wywołać u ojca wybuch złości, ale szczególnie drażniły go stroje i makijaż mamy. Jak wspomniałem, była bardzo ładna. Ludzie mówili, że spokojnie mogłaby się obejść bez tych grubych warstw pudru, tuszu i szminki. Lubiła nosić krótkie spódniczki oraz bluzki i sukienki z głębokim dekoltem, eksponującym biust. Poza tym uwielbiała tandetną biżuterię.

Mama mówiła, że ubiera się w ten sposób, by umilić sobie życie. Tata jednak twierdził, że stroi się jak dziwka i bił ją z tego powodu.



 

Opinie użytkowników
Zapytaj o produkt:

Jeżeli powyższy opis jest dla Ciebie niewystarczający, prześlij nam swoje pytanie odnośnie tego produktu. Postaramy się odpowiedzieć tak szybko jak tylko będzie to możliwe.

E-mail:
To pole jest wymagane do złożenia zamówienia.
Pytanie:
To pole jest wymagane do złożenia zamówienia.
pola oznaczone - To pole jest wymagane do złożenia zamówienia. - są wymagane
Poleć ten produkt:

Jeżeli chcesz poinformować swojego znajomego o produkcie, który Twoim zdaniem może go zainteresować, skorzystaj z poniższego formularza.

Do:
To pole jest wymagane do złożenia zamówienia.
Możesz podać więcej adresów e-mail, rozdzielając je przecinkami
Podpis:
To pole jest wymagane do złożenia zamówienia.
Treść:
To pole jest wymagane do złożenia zamówienia.
pola oznaczone - To pole jest wymagane do złożenia zamówienia. - są wymagane
Strona korzysta z plików cookie w celu realizacji usług zgodnie z Polityką dotyczącą cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce.
Zamknij
pixel